Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/303

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bycia okazał się kawałek drogi od pierwszych płotów do pierwszej sadyby.
Szedł, zacisnąwszy zęby, spuściwszy oczy, aby nie widzieć kołków i żerdzi — drażniących dowodów błizkości ludzi, których wciąż jeszcze nie było.
— Cudzoziemiec! A jaki zmęczony!... Coś niesie... Dziecko! — zawołała stara Jakutka, gdy chwiejnym krokiem wszedł do jurty i zdjął z pleców pled z Zosią.
— Co się stało?... Piechotą, mój Boże!... Odpowiedz!... Czy nieszczęście jakie? — pytała.
Znali go tutaj; nieraz dawniej, przejeżdżając, konia u nich karmił.
Nie odpowiadał, nie mógł mówić: wzruszenie ściskało mu krtań. Napoili go zimną śmietanką, posadzili na ławie. Powiedział im, że śpieszy z chorem dzieckiem do zarządu Ułusa, skąd ruszy dalej do miasta, że przyszedł piechotą dla uniknięcia straty czasu.
Gospodarz kiwał głową zdziwiony. Do Ułusa zostało jeszcze pięć wiorst, więc Jakut za pół rubla zgodził się odwieźć go natychmiast i zaprzągł swego byka do skrzypiącego drewnianego wozu.
Tu już zaczynała się kultura.
— Pan sam przyjechał? Skąd-że się pan dowiedział? — przyjął go ze zdziwieniem pisarz Ułusa. Myśmy przecie nie posłali jeszcze księciu papieru... Okazyi nie było...
— Jakiego papieru?