Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w niej nikogo, ale cielęta na podwórzu, naczynia, leżące na lawie i na stole i obraz święty pod pułapem, były dowodem, że mieszkańcy nie wynieśli się z chaty. Zaczął więc szukać i znalazł w oborze babę, śpiącą na ziemi. Zbudził ją i wywołał do jurty.
— I ktoś ty, i czego potrzebujesz? — spytała, odgarniając z twarzy kosmyki siwych włosów. Była naga i nie wstydziła się swojej nagości. Brudne, cuchnące jakieś strzępy miała na szyi i ramionach prędzej jako upiększenie, niż odzież. Ciemna, pomarszczona skóra wisiała na niej, nogi były cienkie, w pałąk zgięte i drżące, ręce chude z zakrzywionymi, krogulczymi palcami, trzęsły się także.
Aleksander cofnął się: jeszcze nigdy takiej nędzy nie widział.
Patrzyła nań wyblakłemi, zaropiałemi oczyma i powtarzała bezmyślnie:
— Nic nie mam... nic nie wiem... Jestem głupia, jestem stara!...
— Gdzie ludzie?...
— Wykoczowali... na wyspy. Wszyscy na wyspach... siano... Została stara... Została niedołęga!... — Pokazała ręką, jak koszą i grabią.
— Mleko masz? sprzedaj!
— Wszyscy poszli... pracują... siano... A ja nic nie wiem... Jestem głupia... Byłam gospodynią...
— Cóż jesz sama? Podziel się... Ja ci zapłacę... czy znasz mię? Jestem Liksandra z zachodu...