Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czasami na pogodne niebo wiatry południowe wytaczały chmury białe i ciężkie. Jak śnieżne lawiny niosły się one nad doliną. Wiało od nich chłodem i śnieżną zamiecią. Ptaki wówczas milkły, bladły zwierciadła wód... na krótko, gdyż groźna chmura miała tchnienie wilgotne, a cień ciepły.
Aleksander z bronią na plecach i długą tyczką w ręku stał nad Ałdanem na brzegu przepaści i patrzał w dół. Musiał przedostać się na przeciwległy brzeg, gdyż doszło go, że Jakuci zebrali się na wiec wiosenny w gromadzkim domu. Ziemi dotychczas ma się rozumieć nie wyznaczyli mu i nie łudził się też nadzieją, że ją dostanie łatwo. Termin dla gminnej pomocy także się kończył, chciał więc pomówić z nimi i dowiedzieć się, co postanowili.
Patrzył na białą wstęgę rzeki, na czarne i żółte plamy tu i ówdzie obnażonych piasków i rozmyślał w jakim udać się kierunku, by nie załamać się na lodzie. Wiedział, że zwykła droga zerwana, że wartki prąd w wielu miejscach porobił szczeliny i wymył szerokie oparzeliska, więc usiłował przypomnieć sobie, gdzie były spokojne smugi, na których lód zbija się w tafle grube i trwa długo. Stuknął wreszcie kijem i spuścił się po ścianie, czepiając się nierówności urwiska. Przeskoczywszy wązką szczelinę bystro płynącej wody, poszedł po ślizkim lodzie, sunąc jak wprawny łyżwiarz i pomagając sobie kijem. Słoneczna powódź żarem