Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie zabijam? А temu, со trupa odziewać będzie, za pracę, czy nic nie damy?
— To ja sam — rzekł Aleksander i wargi mu zadrżały — Nie trzeba też staruszka z modlitwą!...
— Dobrze, lecz wtedy ciała nie położymy na pierwszem miejscu pod obrazami, tylko koło drzwi...
— Położycie, gdzie każę!
— Nie cudzoziemcze... Nie wolno!...
— Zobaczymy!
— A co, mówiłem — szepnął ktoś w dalszych szeregach. Gospodarz pogardliwie wydął usta.
— Skąpisz... dla swojej kobiety skąpisz... a ona, biedna, tyle tysięcy wiorst jechała... niczego nie szczędziła... życie postradała...
Aleksander przymknął oczy; kąty ust konwulsyjnie mu drżały.
— A byczek?
— Byczka też nie trzeba.
Jakut w zakłopotaniu musnął się po brodzie.
— Co tego — to już nie można... Bez zabitego bydlęcia żaden Jakut człowieka chować się nie zgodzi... — wyrzekł gorąco. — Od tego kości za życia próchnieją.... chorujemy... Wiesz co, cudzoziemcze, dam ci oskard, siekierę i wszystko — rób sobie sam... A kobietę twoją do spiżarni złożymy, gdyż wcześniej, jak za tydzień nie skończysz.
Aleksander chwilę rozmyślał. Istotnie nie skończy, szczególniej teraz, gdy czuje się tak słabym... Więc cały tydzień!... A Julię położą w spichrzu