Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Aleksander podniósł głowę i westchnął.
— Nie smuć się tak! Młody jesteś, jeszcze się ożenisz — pocieszała go Jakutka.
— Popa, myślę, nie będziemy sprowadzać... Daleko i drogę zawiało — doradzał gospodarz. — Tu blizko mieszka staruszek, co umie czytać modlitwy... Czyta u wszystkich... u bogatych i u szanownych nawet czyta... Po paszport, po świece wyślę sąsiada... Potroskam się dla ciebie, cudzoziemcze... Doprawdy żal mi ciebie... Taką ładną żonę straciłeś!... A dół wykopiemy z kumem do spółki... trumnę drugi kum zbije... Czy zgoda? Hę? Nie drogo weźmiemy... Jak myślicie, ludzie?...
— Co się pytać... Czyż nie szkoda cudzoziemca?!...
— Policzymy, co kosztować będzie — to lepiej: staruszek z modlitwą — pięć rubli... — zagiął Jakut palce; — świece, paszport, kadzidło — dwa ruble; tyle i nas kosztować będzie... nie mniej!
— Skąd mniej! To już od wieków określona cena!...
— A teraz: dół — piętnaście rubli, trumna — siedm, razem, równo... trzydzieści!... Prócz tego...
Aleksander otworzył portmonetkę.
— Mam tylko dwadzieścia rubli.
Umilkli.
— Cóż poczniemy? Przecież mi jeszcze należy się od ciebie za mleko, za mięso... za kłopot też cokolwiek podarować winieneś. A bydlęcia czyż