Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzieje za zasłoną łoża gospodarzy, a nie mogąc usnąć, przewracał się na pościeli z boku na bok, dręczony to myślą nagłej śmierci, to obrazem Keremes i wspomnieniami doznanych z nią rozkoszy.
Raz zdało mu się, że ktoś idzie ostrożnie, lekko stąpając po podłodze izby, zerwał się więc i schwycił ze stołu zapomniany tam nóż. Lecz było to złudzenie. Jego oczy wpatrzone w ciemności jurty, nie dojrzały nic, a do uszu dochodziło tylko chrapanie śpiących. — Legł więc, lecz żelaza nie wypuścił już z ręki: chłodne jego dotknięcie wywołało całą masę niejasnych a znanych obrazów. Wyprężony, spotniały i drżący wpatrywał się w nie, czując, iż jeżą mu się włosy i lodowacieje krew w żyłach. Widział się na tle takiego zmroku z nożem w ręku, pochylonego nad śpiącym bliźnim, widział blade, krwawe ludzkie postacie, kurcze i boleści zabijanych... i z głuchym jękiem przewrócił się na bok.
Weszło słońce i uderzyło promieniami swymi w zamknięte drzwi jurty, a znalazłszy w nich szczelinę, wpadło do izby i zajrzało w oczy rozbójnikowi. Widma znikły.
Kostia wstał i wyszedł na dwór odetchnąć świeżem powietrzem. Gorący, purpurowy blask młodego dnia oblał go i olśnił. Stał chwilę, przysłaniając oczy dłonią. Wśród wielkiego, ogrodzonego płotem z żerdzi podwórza leżały krowy jeszcze senne i żuły wczorajszy pokarm. Czarny byk, spoczywający nieco