Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na uboczu u wygasłego dymokuru[1], podniósł się i nastroszywszy kosmate uszy, patrzał nań zdziwiony; w oddali na łące biały ogier, pasąc się, pędzał swoje klacze. Kostia uśmiechnął się. Resztki niedawno przebytych cierpień znikły w jego mętnych oczach. Podszedł ku ogrodzeniu, a oparłszy się o jeden ze słupów, z lubością śledził za szczegółami tej dzikiej, stepowej miłości.
Powróciwszy do izby, niedługo leżał spokojnie na swojej pościeli.
Po chwili zerwał się i tając oddech, zbliżył na palcach do łoża Chabdżija.
W jurcie było już o tyle jasno, iż mógł zrobić to wszystko, nie trąciwszy o żaden z rozstawionych po izbie przedmiotów. Bez szelestu uniósł nieco skórzanej zasłony i zajrzał do wnętrza. Małżonkowie spali, objąwszy się.
— Keremes — zawołał przytłumionym głosem.
Kobieta zerwała się i siadła na łożu.
— Pójdź no! — szepnął groźnie.
Lecz ona nie ruszała się, szeroko otwierając zaspane oczęta.

Kostia wyciągnął ku niej rękę, lecz nagle ujrzawszy wlepione w siebie błyszczące oczy Chabdżija, ścisnął pięść i ciężko opuścił ją na jego czoło. Mężczyźni poczęli się z sobą borykać, przewaga

  1. Dymokur — zapalone kupy nawozu, w celu odpędzenia od bydła komarów.