Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wstawaj!... Przyszedłem do ciebie z interesem.
— Do mnie? Może znowu bić zechcesz... Przychodź we dnie!
— Bez żartów... Twój robotnik konia mojego uprowadził.
Milczenie.
— Konia, powiadasz, uprowadził!... Patrzaj go, zbója!... Ja go bronić nie będę, przy sposobności daj mu dobrze po karku. Ot, jakich żartów pozwala sobie, nicpoń! Ale, czy tylko pewien jesteś, że to nasz robotnik? Złapali go, albo konia znalazłeś u mnie na podwórzu?...
— Przestań już... sam kazałeś wziąć konia, wiem to dobrze i przyszedłem go odebrać.
— Skądże go wezmę? Tyś konia stracił, a jam stracił i konia i człowieka. Od wczorajszego wieczoru niema go u mnie. Pewnie się gdzie włóczy, gra w karty, wielki bo to nicpoń, ten mój robotnik. Zmuszony będę wygnać go. Żart żartem, ale ukraść konia człowiekowi, co jutro musi bronować, to trochę za wiele. Powiem ci: jutro wieczorem przyślę ci synka Mikołaja do pomocy... W dzień skwar, głowa chłopaczka zaboli...
— Nie, ty mi dziś, zaraz dasz konia; sam szukać pojadę.
— Konia?... Nie mam konia! Kto zgodzi się dać konia w taki roboczy czas? Jeszcze spróbujesz nim bronować, a nasze konie dzikie, nieujeżdżone...