Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i że zmuszony był napocząć ten kawał mięsa, który Taras ojcu jego posyłał w podarunku.
— Posiedź u mnie z kilka dni — mówiła chłopcu dziewczyna, przyjmując go w swoim domu. — Posiedzisz? — prosiła, zaglądając mu w oczy. — Czas brzydki, koń wypocznie!
Kecherges milczał i myślał o zjedzonem mięsie, ale zgodził się zostać, ponieważ rad był odwlec dzień sądu, jak można najdłużej.
Upłynął jeden dzień, upłynął drugi i trzeci. Chłopiec ani myślał o odjeździe. Było mu tak dobrze, iż lepiej nie pragnął mieć w raju.
Po całych dniach leżał zadarłszy nogi i słuchał wyrzekań starej ślepej Matrony lub puszczał z dziećmi bąka, gdy mu się bezczynność sprzykrzyła. Wieczorem, zwiastowana krzykiem dziatwy i szczekaniem psów, zjawiała się Ania, cały dzień zwykle nieobecna. Dziewczyna nigdy nie wracała z pustemi rękami: niosła to kosz ryb, to dziesiątek kuropatw, to zająca — a najlepszy kąsek dawała zawsze Kechergesowi.
— Ach Pieńku, Pieńku!... narąbałbyś choć drew na ogień — wołała niekiedy żartobliwie.
Kecherges skrobał się w głowę, odpowiadając niewyraźnem mruczeniem, lecz czas spędzał po staremu, leżąc na ławie w oczekiwaniu wieczora i powrotu Ani. Dziewczyna przynosiła z sobą wesołość, żarty i piosenki, a kiedy wszyscy spać się pokładli — całusy i pieszczoty w cieniu rozwie-