Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szonych pękami sieci, na posianiu z miękkich skór reniferowych. Niekiedy było im duszno w ciasnej izdebce, wówczas w otoczeniu hałaśliwej zgrai dziatwy wybiegali na zewnątrz — w pole, do lasu.
— A utop się, utop, Pieńku! — wołała dziewczyna, wepchnąwszy Kechergesa w zaspę śniegu — już cię wtedy napewno tatulo wysmaga.
Chłopak zrywał się i puszczał się w pogoń za nią; dziewczyna chyża i zwinna dobrze go zmęczyła, zanim pozwoliła się schwytać i ucałować w usta wilgotne i gorące.
Życie płynęło jak sen, ale i na jasnem jego niebie Pan Bóg pozwolił się ukazać chmurce. Pomimo wszystkich, prawie wymarzonych warunków szczęścia, troska nie była obcą sercu chłopaka.
Pod wpływem tej troski zrobił pewnego dnia daleką wycieczkę na sąsiednią łąkę, gdzie pasł się jego koń. Wierzchowiec nie poznał pana, a gdy Jakut próbował go złapać, zadarł ogona i znikł w głębi pola.
— E, tatulo pewnie wysmaga!... — rzekł, patrząc za nim i drapiąc się w głowę.
Wieczorem zwierzył się Ani ze swoich obaw. Dziewczyna jednak zamiast współczucia, okazała tyle gniewu, iż umilkł zmieszany.
— Jedź! jedź!... — krzyknęła — niech cię tam powiozą do miasta.. A bądź pewny, że tym razem nie koronę, ale beczkę wsadzą ci na głowę!