Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ściej zaglądał w czarne błyszczące oczy towarzyszki. Ona zaś nie wstydziła się i nie bała tych pełnych zachwytu spojrzeń chłopaka: spotykała je śmiało, otwarcie, niekiedy z błyskiem namiętności w oczach lub wyczekująco spuszczała ku ziemi długie rzęsy, białe od osiadłego na nich szronu.
Dobrze im było we dwoje nocą u ogniska. Wiedzieli, że dokoła nie było nikogo prócz lasu, którego gałęzie śniegiem obsypane wisiały nad ich głowami, purpurowe i zda się, wyrastające nie z pnia, lecz z ciemności. A jeśli przypadkiem Ania zanuciła piosnkę i cicha „tajga“ obudzona nagle głosem dziewczyny zaśmiała się lub zapłakała tęsknotą, wówczas Kecherges zapominał o domu, o ojcu, o bożym świecie i zasłuchany siedział nieruchomie, póki dziewczyna nie zawołała:
— Ach, Pieńku! rozbieraj się, czas spać! Dobrze im było przytulonym do siebie leżeć na miękkiej skórze niedźwiedziej i słuchać szczebiotu[1] iskrzących się w górze gwiazd, lub ścigać wzrokiem przepływające po niebie fale zorzy północnej, tak lekkie, nieujęte, a cudne, jak cień, a tak barwne i zmienne, jak sama miłość!

Nie dziw więc, iż Kecherges ową krótszą drogą jechał dłużej, niż jechać trzebaby było najdłuższą

  1. W czasie silnych mrozów nocą słychać w tutejszych pustyniach dziwny, stłumiony szmer — Jakuci przypisują go gwiazdom.