Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chłopak jednakże siedział przygnębiony. Za każdym wykrzyknikiem żony boleśnie kurczyła się jego twarz, a sarnie wilgotne oczy wyrażały tyle męczarni i błagania, że wreszcie Taras, ulitowawszy się, powiedział mu:
— Ty chłopcze, lepiej jedź sobie jutro do domu.
Rozkaz ten rozradował chłopca widocznie. Tego jeszcze wieczora obejrzał i przygotował do podróży cugle, siodła i rzemienie, a było tego wszystkiego niemało, miał bowiem odwieść Anię z powrotem do domu.
Nim świt błysnął, oboje konno dążyli na północ dróżką, wijącą się wśród lasu. Kecherges, któremu pilno było stąd się oddalić, wybrał drogę na przełaj przez stepy i bory, krótszą, choć mniej dogodną i mało uczęszczaną, ale omylił się w swojej rachubie.
Kto, z mających lat dwadzieścia kilka, nie zechciałby choć dzień, choć dwa dłużej zostać sam na sam, wśród milczących olbrzymich borów, z dziewczyną, mającą oczy tak figlarnie błyszczące, jak Ania, usta śmiejące się tak często i wdzięcznie, głos tak srebrzysty, jak dzwonek dźwięczący i budzący w sercu niespokojne echa; z dziewczyną tak mało przytem sprawiającą kłopotu?
Na noc sama sobie wygrzebała dół w śniegu, sama rozpaliła ogień, dosiadła konia i złapała go na stepie. Kecherges prędko więc zapomniał, jak śpieszno było mu do domu, a coraz dłużej i czę-