Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




II. IDYLLA.

Kecherges, obudziwszy się nazajutrz, nie śmiał podnieść oczów na nikogo. Usiadł, jak zwykle, w kąciku przy drzwiach, milczał i patrzał w ogień, rad, iż nikt doń nie mówił i nikt nań nie zwracał uwagi.
— Ciekawa rzecz, jakeś to ty Pieńku taczał się po mieście? — próbowała zażartować z niego Ania; lecz na twarzy chłopca odbiła się taka męka, iż dziewczyna, ulitowawszy się, dała mu pokój.

Na domiar złego Bycza zachorowała; z początku bolała ją tylko głowa, a pod wieczór napadł ją „menryjer“[1] — zaczęła krzyczeć i rzucać się. Nikt temu nie był winien, rozumie się, a Kecherges najmniej. Ot, poprostu, wczoraj zapomniano rzucić na ogień masła i tłuszczu, więc dusze zmarłego rodzeństwa panny młodej przyszły się o to upomnieć.

  1. Menryjer — chroba nerwowa, bardzo rozpowszechniona między Jakutami; dotknięty nią, krzyczy, rzuca się niekiedy godzin kilka.