Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Hulaj, bracie! hulaj! — powitały go okrzyki. — Bóg dał całe dwa garnce wódki!
Jaśniej buchnął płomień ogniska, głośniej zabrzęczały skrzypce, z ciemności wyjrzało kilka śmiejących się, zbydlęconych twarzy kobiecych, zaświstało, zatupało, zakołowało się i dokoła osłupiałego Kechergesa utworzył się iście karnawałowy korowód czerwonych koszul, reniferowych świt, tunguskich czapek. Ogarnięty wirem szalonego tańca i on wreszcie rozwiązał na piersiach rzemienie sukmany, odwinął poły i rzucił się śladem szalejących kozaków.
Późno w nocy znalazł go Taras śpiącego pod zaspą śniegu. Obok leżała pusta baryłka. Z pomocą Byczy wsadził chłopaka na konia i powiózł do domu.