Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdzie Leljel, nie ustępujący w dzielności naszemu rodowi? Gdzie Nilken?...
— Jak ty nas opuścisz, i my osłabniem i rozproszyła się — odpowiadali mu rodowi.
— Po mnie zostanie „Odblask lodów“ — nie syn mój, ale towarzysz!...
Smutniały twarze należących do rodu Selticzana, a starzec, patrząc na nich, ociągał się.
Wśród zgromadzonych tymczasem coraz większe zapanowywało wzburzenie, chodziły jakieś dziwne, głuche pomruki. I tak się jakoś stało, że ród Selticzana coraz bardziej się wyosabniał. Nikt do nich nie podchodził, a za zbliżeniem wszyscy milkli. Miore jednak i kilku jeszcze młodych, nie zrażając się tem, wciąż się snuli pomiędzy gromadami.
Wieczorem rozeszli się wszyscy, ale wzburzenie nie uspokoiło się, przeniosło tylko pod namioty, dookoła oddzielnych ognisk. Do późnej nocy siedzieli Tunguzi i rozmawiali półgłosem, zaniepokojeni zjawieniem się każdego obcego. Niektórzy z nich ostrzyli oszczepy.
— Taki człowiek nie umiera bez wypadków! — mówili.
Na trzeci dzień stawili się wszyscy w pełnem uzbrojeniu.
Wielu młodych wojowników przyniosło z sobą kopie i, opierając się na nich, stało poza kołem. Narady nie były rozpoczęte, ale wśród tłumu krążyły burzliwe szmery namiętnych, powstrzymywa-