Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— О, ojcze! uciekajmy, uciekajmy... — prosili, wyciągając do niego ręce, ale starzec uderzeniem nogi w pierś odepchnął od siebie Miorego, najnatarczywszego ze wszystkich i krzyknął:
— Przeklęte kruki, przestańcie szarpać serce moje!...
— Istotnie — odezwał się „Odblask lodów“, dotąd posępnie milczący — dlaczego Miore nie słucha, kiedy ojciec rozkazuje? — Chłopak, który, jak upadł, tak leżał i płakał, podniósł się i w milczeniu opuścił namiot.


∗             ∗

U słupa na dolinie znowu zebrał się naród. Zeszli się wszyscy, od małego do największego. Uzbrojeni, w najlepszą odzież przybrani, rozsiedli się kupkami według rodów, świecąc w słońcu ozdobami, popisując się wzorzystemi futrzanemi sukniami, opuszonemi długiemi frendzlami.
Bawili się, mocowali, a niczem nie zdradzali po co tu przyszli.
Ród Selticzana wyróżniał się wpośród innych doborem broni, bogactwem odzieży, siłą, zręcznością i dumną niezawisłością postawy. On sam siedząc na czele swoich, wielką na wszystko dawał baczność.
— Osłabł naród, zmarniał... — odzywał się od czasu do czasu. — Takież było pokolenie Tumara?