Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie śmiał rozmawiać: wszyscy jednak, nie wyjmując starej Nioren, byli wzburzeni. Młode kobiety i dziewczyny z niewypowiedzianą trwogą spoglądały na starego ojca, Miore zasępiony był i gniewny, a „Odblask lodów“ z uszanowaniem, nie pozbawionem jednak pewnej ciekawości, przyglądał się starcowi.
Selticzan, napiwszy się herbaty, zjadł cokolwiek i wypalił fajkę, poczem odezwał się do młodszego syna:
— Idź, chłopcze, obejdź ludzi!..
Miore nie ruszył się z miejsca.
— Czy słyszysz?!...
Dopiero za powtórnem groźnem wezwaniem chłopak podniósł się i zaczął zapinać świtę, ale zamiast iść, nagle rzucił się do nóg ojcu:
— Tyś postanowił... tyś postanowił!... O, ojcze, nie opuszczaj nas! Rodowi nie zgadzają się... Ja mówiłem wczoraj z młodymi, oni rzekli: niech wyzdychają wszystkie nasze renifery, my żyć będziemy przemysłem... A jeśli już tak chcą koniecznie, to... niech zarzną tłustego kniazia!...
— Głupiś, dziecko moje!... — uśmiechnął się starzec. — Nie wiadomo jeszcze, co zrobię, ja chcę zobaczyć naród... Idź, mówię tobie...
— O, panie nasz, dlaczego nas łudzisz nadzieją?...
— Nie paplaj! powiedziałem już!...
— Nie puszczą nas, uchodźmy lepiej pokryjomu.
— Powiedziałem już!... — uparcie powtarzał stary.