Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/297

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jęk doleciało go stamtąd. Tłumiąc oddoch, posuwał się, słuchał i nawoływał.
— Zosiu!... Ajaks, szukaj!...
Ajaks znów podbiegł do niego, potem odskoczył, stanął nad czemś dużem i ciemnem i szczeknął.
Tak, to było jego dziecko! Leżała w błocie, rękami obejmowała sobie główkę, a twarzyczkę wtuliła w kępę; drżała i jęczała cichutko. Porwał ją na ręce radośnie, przycisnął do piersi i pędem zawrócił ku domowi.
Rozebrał dziecko w mgnieniu oka, położył na suchą pościel i rozniecił suty ogień. Potem rzucił przemokłe i zabłocone ubranie i wytarł się ręcznikiem do sucha. Ożywcze ciepło rozlało się po jego zmęczonych i skostniałych członkach. Postawił czajnik na ogniu. Zosia jęczała wciąż i miała oczy zamknięte.
— Zosieńko... dziewczynko moja!... Otwórz oczki... spojrzyj!... To ja, twój ojciec...
Powieki dziecka drgnęły, ale nie otworzyły się; podniosła rączkę i położyła ją na jego twarzy. W takiej postawie ucichła powoli i usnęła. We śnie dostała gorączki i nawet bredzić zaczęła. Aleksander wlał jej w usta roztworu chiny, której proszek chował, jak skarby największe. Sam, by się pokrzepić wypił wzorem krajowców spodek ciepłego topionego masła i zjadł kwaśnego mleka. Nad ranem zdrzemnął się przy dziecku.
Obudził go krzyk.