Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jakuci przyznają... Pnie się jak na drożdżach. Mierzyłem: po dwa cale na dobę przybywa...
— A Zosia?
— Zdrowa. Gospodarujemy razem. Obecnie dokuczają komary, więc ją w domu zostawiam lub odprowadzam do Jurty Żabiego Oka, ale wszędzie ze mną chodziła. Wiesz, Jakóbie, po co ja tu przyjechałem? Herbaty nie mam, zabrakło mi soli, nici, włosia do sieci...
Twarz Jakóba wydłużyła się i oczy spojrzały smutnie.
— Ależ nie... nie! — roześmiał się Aleksander. Mam pieniądze. Zostało jeszcze trochę od sprzedaży rzeczy. Tylko widzisz... niezręcznie iść do Kapitana. Odmówi. Więc... chciałem ciebie prosić, byś kupił u swego księcia. Tylko śpiesz się. Chciałbym wrócić jak najprędzej. Niepokój mię ogarnia, gdy długo Zośki nie widzę... Dobrze? pójdziesz?... A ja tymczasem odpocznę.