Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dać! — On zaś nie tylko pisał, ale całował papier, którego miały dotykać się jej ręce... dusza jej odczuła to, widać... w zimnych rozumowaniach, któremi silił się dowieść jej konieczności wiecznego rozstania, domyśliła się utajonego wołania... Przyjechała i... ginie!... A może!...
Fala gorącej krwi spłynęła mu do serca. Nie dokończył myśli przez zabobonną trwogę... Nie śmiał marzyć...
Koń, który cały czas szedł szybko, stanął i głośno zarżał. Aleksander drgnął i spojrzał w dal. Otaczał go mrok gęsty, wśród którego hałas śnieżny ocean, ale jemu się zdało, że w zwichrzonych tumanach mignęły czerwone iskry, a wiatr przyniósł w odpowiedzi słabe echo rżenia. — Jurta musiała być już blizko. Otrząsł więc śnieg z odzieży i ściągnął cugle. Po kwadransie przywiązywał wierzchowca do słupa w podwórzu sadyby.
Chorą zastał znacznie gorzej. Nie zwróciła się nawet ku niemu, gdy wszedł, tylko zlekka poruszyła spuszczoną na piersi głową. Siedziała pochylona naprzód pomimo osłabienia, gdyż najmniejszy ruch w tył wywoływał okropny kaszel. Pot kroplisty oblewał jej ciało; gospodyni wciąż musiała zmieniać na niej bieliznę i zaczynała już zrzędzić. Aleksander pośpieszył zastąpić ją w tem i teraz dopiero zauważył, jak Julia okropnie była wychudła. Wyglądała jak szkielet powleczony białą,