Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przejrzystą skórą. Nie mogła mówić i tylko czasem słabo ściskała dłoń jego.
— W tych dniach obiecują doktora — powiedział, korzystając z chwilowej przerwy. Chora ostrożnie oparła się o poduszki.
— Nie warto... ja muszę!... Kochaj Zosieńkę... Aby tylko prędzej!... Boże mój!... jakże ja cierpię!...
I znowu krztuszenie się, od którego zdawało się, że pierś jej pęknie, kaszel, krew, poty, wreszcie zupełne wyczerpanie i woskowa bladość twarzy. Tylko szeroko otwarte oczy płonęły wciąż, jak pochodnie; gdy zwracały się na męża, strach cierpienia mieszał się w nich z łagodną tkliwością.
Minęła noc. Nad ranem chora usnęła. Aleksander czuwał, siedząc przy niej na nizkim stołeczku. Czuł się rozbitym. Od widoku tych męczarni i jego rozbolały piersi, serce krwią nabiegło, głowę ściskała żelazna obręcz. Widział wciąż przed sobą zsiniałą twarz Julii z oczami na wierzch wyszłemi. Nie wiedział już czego pragnąć...
Ze zgrozą odpędzał od siebie myśl o końcu ostatecznym, gdzie był chłód rozpaczy i obojętność na wszystko.
— Słaby jestem, słaby, jak małe dziecko!...
Umarła nazajutrz, a on nie przyjął ostatniego jej tchnienia. Wyczerpany zdrzemnął się z czołem opartem o krawędź pościeli. Zbudziło go gwałtowne szarpanie.