Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wszystko umie. Po jakucku gadać — mistrz! Konno jeździ, łodzią kieruje, sieci zarzuca lepiej, niż Jakuci. Wszystkie ziemie, wszystkie drogi poznał — wielki łowiec!
— A czemużby nie miał być? Myślę, że książki nie próżno oni czytają! Czy łagodnego jest obyczaju?
— Grzech skarżyć się! Przedtem był dobry pan, tak powiadali ludzie z Ałdanu, i tu, gdy w okolicy przejazdem się zatrzymywał. Płacił... zawsze płacił. Ale dzieci i żona zmieniają ludzi.
— O tak! A pani? czy dużo pieniędzy przywiozła?
— Musi być przywiozła. Ma piękną odzież, złote pierścionki, zegarek... Pani jak się należy... południowa!
— Czy myślisz, że umrze?
— Pewno. Bardzo się męczy. Żonę moją sił pozbawiła, razy dwadzieścia w nocy wstawać zmusza... Podtrzymywać trzeba; dusi ją. Taka wielka pani bez podtrzymywania nie może...
— Gdy umrze, to pamiętaj, kumie, zawołać mię — czy trumnę robić, czy mogiłę kopać... Nie zapomnij... Cudzoziemiec dobrze pewnie zapłaci... Oj zapłaci!... nie wykręci się!...
— Cicho, zdaje się nie śpi.
Głosy umilkły. Aleksander uniósł się na pościeli i jął przysłuchiwać się innym cichszym dźwiękom. Chora szeptem siliła się objaśnić coś Jakutce.