Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Alboż ja go wyganiam... Tak tylko spytałem... przez ciekawość.
Po wieczerzy Aleksander wziął dziecko na kolana.
— Cóż, Zosiu, spać ci się chce?... A gdzie ty sypiasz?
— Z mamą.
— Teraz ze mną spać będziesz. Czy zgoda?
Dziewczynka kapryśnie wydęła usteczka.
— Bądź grzeczna. Z mamą nie można. Mama chora. Ja ci rybkę za to złapię, maleńkie kaczątko, jak do domu pojedziemy, zobaczysz... Chodź, dziecko moje... — I nieznacznie, opowiadając rozmaite historye, zaczął jej zdejmować trzewiczki, pończoszki, rozpinać ubranie.
— Mama powiada, żeś ty, tatusiu, dobry — szczebiotała dzieweczka, obejmując szyję ojca gorącemi, pulchnemi rączkami. Ani myślała zasypiać. W białej koszulce, różowa, śliczniutka kręciła się u niego na kolanach, zarzucając go pytaniami. By ją do snu prędzej skłonić Aleksander położył się sam obok i nie spostrzegł się, jak zapadł w sen kamienny.
Zbudził się nagle z uczuciem przerażenia, z zamętem w myślach, z sercem ciężkiem, jak ołów. — Co to mogło znaczyć? i gdzie on się znajdował? zapytywał siebie i wodził oczami po grubych belkach nizko zwieszającego się pułapu. — Nie u siebie, to pewna... Może u którego z kolegów... Na kominie słabo tleje ogień... ktoś mówi... Jakuci?... Jął się wsłuchiwać w szmer głosów.