Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wydobyła się z piersi. Dreszcze i czkawka powiększały się stopniowo, aż przeszły w nieustające, trochę udane, a trochę rzeczywiste konwulsye i jęki. Wśród otaczających dały się słyszeć łkania.
Starucha jakaś padła, wijąc się w kurczach.
Jednocześnie tuż obok czarownika na ziemi pojawił się mknący cień czarny — między nim a stojącem na niebie słońcem zawisł orzeł. Przejmujący krzyk rozdarł powietrze. Tłum ludzi pochylił się, jak trawa, wichrem porwana.
Kto krzyczał?... Czarownik, czy orzeł? — Nikt nie wiedział.
— Niedobrze, niedobrze... — szeptali ludzie.
— Cicho!
Uderzono w bęben: silny, posępny odgłos kilkakrotnie jak grom zahuczał... Orzeł uleciał w dal.
I znowu zapanowała cisza... Przerywały ją tylko niewyraźne mamrotania czarownika... Po chwili, niby z oddalonego lasu, niby z głębin rozpadlin górskich, zaczęły płynąć pojedyncze dźwięki i zlewać się w jakieś harmonijne brzęczenia, niby szmery pszczelnego roju, lub ćwirkania nawołujących się ptaków. To Oltungaba potrząsał dzwoneczkami. Stopniowo dźwięki rosły, wzmagały się, przybliżały, przechodząc w szum wodospadu, w plusk deszczu, lejącego strumieniami, a w pośród nich coraz częściej odzywały się głuche, bolesne westchnienia. Nagle bęben został podniesiony w górę... Straszliwie wstrząsany, gradem sypiących się razów zale-