Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przywodzę obyczaje... Cóż wara powie język mój?... Trudny dzień potrzebuje trudnego, a ciężki ciężkiego... I poco nadaremnie budzić niebezpieczeństwo!... Jeśli nie znajdzie się mężny, mnie umierać przyjdzie?!...
— Niechaj wszyscy pomrzemy!... Wszak ty nam dobrze życzysz, Oltungaba?... Myśmy już postanowili...
— Niechże więc tak będzie! — zgodził się nakoniec wróżbita po krótkiej chwili namysłu.
Dwóch najznamienitszych czarodziejów podało mu czarodziejski kaftan z długą frendzlą i mnóstwem metalowych godeł i brząkadeł. Rozpuścili następnie siwe włosy starca i włożyli mu na głowę rogatą żelazną koronę. Jednocześnie podżyły Tunguz, paź wróżbity, suszył przed ogniem bęben. Kiedy wysechł dostatecznie i wyprężył się, uderzeniem pałeczki spróbował jego sprężystości: ponury, znany odgłos poruszył echa doliny i przerwał rozmowy. Wówczas na środku koła rozpostarto białą reniferową skórę, głową obracając ją ku południowi. Stary siadł na niej, zapalił fajkę i, połykając dym, zapijał go wodą; potem resztkami tej wody bryznął na wszystkie cztery strony świata i, obróciwszy się twarzą ku słońcu, wpadł w zupełną nieruchomość. Długo tak siedział ze spuszczoną głową, włosami spadającymi mu na oczy i wzrokiem, utkwionym w oślepiająco białe wierzchołki gór. Nakoniec lekki dreszcz wstrząsnął jego ciałem, przykra czkawka