Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z gości, jak miedź ciemnego, jak mech pomarszczonego starca.
— Życie nasze, Selticzanie, to cień padający na wodę — odpowiedział w zamyśleniu Oltungaba.
Następnego poranku ludność doliny w niezwykle uroczystym obudziła się nastroju. Dzień zapowiadał się bogatym w wydarzenia. Czas był prześliczny, niebo czyste, błękitne, chmur ani śladu.
Kiedy zgromadzeni na wiec zajęli swoje miejsca: starsi i dostojni członkowie rodów w pierwszym szeregu, młodzi z tyłu za nimi, a dzieci i kobiety jeszcze dalej poza obrębem koła, Oltungaba, ulegając wielokrotnym zaproszeniom, wszedł w środek i, kłaniając się, przemówił:
— A więc, bez względu na moją starość żądacie?...
— Do kogóż zwrócić się mamy?
— Są młodsi, potężni wróżbici!...
— O, Oltungaba! Któż z nas śmiałby prorokować w twojej obecności!... — wołano ze wszech stron.
Starzec milczał i na wzburzoną gromadę z pode łba patrzał.
— Ty się wahasz... a dla wielu ostatni to, być może, nastąpił dzień.
— Nie o sobie ja myślę, ale dawne na pamięć