Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kiedy przejeżdżał starszy syn Selticzana, znakomity myśliwy, znany pod przezwiskiem „Odblask lodów“, rozmawiający z uszanowaniem zamilkli.
A kiedy zniknął w krzakach ostatni ren karawany i kołyszące się gałęzie lasu zamknęły za nimi, Selticzan podniósł się z miejsca, lekkiem skinieniem głowy pożegnał obecnych i odjechał. Znaczyć to miało, ze wszystkich wkrótce oczekiwać będzie u siebie.
Wieczorem dokoła rozbitego namiotu starca dużo zebrało się ludzi; zeszli się prawie wszyscy chwilowi mieszkańcy doliny. Gospodarz kazał zabić kilka reniferów i przyjmował gości. Po tak długim poście, najadłszy się do syta mięsa i tłuszczu, ucztujący z lekkomyślnością prawdziwych Tunguzów, zapominając o minionych cierpieniach, zaczęli tańczyć i przyśpiewywać wesoło:

„Chugaj — chegij! chegij! — chyjra!
„Chyjra — chumgoj! Chumgaj — choka!
„Chaka — echando! — charga!...
„Chorgo — czoo... o... cza!...“[1]

Starzy, siedząc u ognia, przypatrywali się bawiącym i w takt poruszając głowami, wtórowali:

„Chugaj — chegij! chegij! — chyjra!

— Jak myślisz, Oltungaba, a może Bóg cofnie karzącą rękę i pozwoli wesołości powrócić między góry? — zapytał Selticzan, zwracając się do jednego

  1. Znaczy — łado-łado! dana! dana! — przyśpiewek.