Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wrażenia swoje, wywołane obrazami i twarzami, przesuwającemi się, niby niknące cienie.
— Ot, stara Nioren!
— Dzielna starucha!
— Takiemi były dawniej wszystkie Tunguzki.
— Tak powiadają...
— Patrzcie, jak zręcznie kieruje reniferem.
— Wielka rzecz!... Mówią, że niedawno Selticzanowi urodziła syna... — to lepsze.
— Nic w tem niema szczególnego... żona Majantylana — starsza, a urodziła także...
— Cicho! Patrzcie, Sala, synowa starego, o której śpiewają pieśni.
— Alboż ich nie warta?
— Prawda i to!...
— Gadajcie, gadajcie, a jak Miore usłyszy, to wam da!...
— Góżto nam zrobi?... Nie boim się go...
— Patrzcie, patrzcie!... Laubzal!... Zleci!...
— Naprawdę!... renifer dzikowaty... niepotrzebnie posadzili malca!...
— Zuch chłopak!... zobaczycie, będzie miał stary z niego pociechę...
— A Czun-Me?...
— Hm!... Czun-Me... Czun-Me... — westchnęli niektórzy, szukając spojrzeniem dziewczyny ze stalowem ostrzem nad głową.
— Mówią, że kniaź chce ją swatać dla syna...
— Ech! nie da mu stary ulubionej córki, nie da...