Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dziesz. Tyś mądry, śmiały; ty, my wiemy nie boisz się niczego... — wykrzyknął kniaź, wyciągając rękę po dymiącą się fajeczkę sąsiada. Po twarzy starca przemknął cień.
— Nikt nie uniknie swojego przeznaczenia... — odparł chłodno.
— Aleś ty do szczęścia się urodził, Selticzanie! Ciebie Bóg kocha... Czyż nie tak? Padłoż u ciebie choć malutkie koźlątko, gdy naokoło całe stada giną?...
I znów zachmurzyło się oblicze starca.
— Kocha ciebie Bóg, Selticzanie!... — wzdychając, powtarzał kniaź.
— Kocha mnie dlatego, że starych przestrzegam obyczajów. Dobro moje nie powstało z łez ludzkich, ale dały mi je góry, skały, lasy i wody! — sucho odrzucił starzec.
— To prawda! I szczodrą była ręka twoja — podchwycili obecni. — W dni klęski tyś podtrzymywał naród swój, dzielił się.
— A komuż łatwiej pomagać, jeśli nie tobie? Co ja mogę dać, naprzykład? — ja, który mam tylko towary i długi? Czyż długi będę rozdawał na te ciężkie czasy? Zgoda... nic nie mam przeciw temu... wszak i jam Tunguz... Tylko co komu przyjdzie z moich śmierdzących długów? One nie rodzą reniferów... — zakończył, śmiejąc się kniaź.
— To prawda! zginiemy bez ciebie, Selticzanie!... Od kogóż dostaniemy?... Kto posiada liczniejsze od