Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


biegał, stawał się coraz bardziej płowym. Miejscami spuszczał się do samej wody i rzucał na nią cień czarny; to znowu wąziuchną niteczką żywej zieloności rozweselał posępne brzegi. Nigdzie jednak nie było widać wyjścia z tej kotliny; wszędzie była tylko woda i knieja.
— Go za głusz!... Och, ci Jakuci, jakie mu miejsce wyznaczyli!... — pomyślał Aleksander okrążając jezioro. Ptactwa nawet nie było; czasem tylko na krótko, kwiląc żałośnie, ukazywała się biała mewa z nad rzeki. Legiony komarów roiły się nad trawami i zmusiły Aleksandra pędem uciekać do jurty, która, nizka i zaniedbana, pojawiła się nareszcie na skręcie drożyny. Ziemia osunęła się z jej ścian i dyle, sterczące pionowo, świeciły na zapadłych bokach, jak żebra pogniłego tułowia.
Wszedłszy do wnętrza, znalazł się Aleksander w najzupełniejszej ciszy i w zmroku; ogień tlił się na nizkim kominie.
— Wyszedł! nikogo!... — szepnął półgłosem Aleksander. — A to rudera!
Mylił się jednak. Na ławie leżał człowiek na wznak, z wyciągniętemi wzdłuż ciała rękami. Słaby blask dzienny przenikał do izby przez brudny, rybi pęcherz w małem okienku i kładł żółto siną barwę na obrzękłą twarz śpiącego, który usta miał otwarte i oczy tak zapadłe, że aż przestraszył Aleksandra.
— Umarł!... Jakóbie!... krzyknął wielkim głosem.
Jakób oczy otworzył i zerwał się.