Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jak posoką, oblane i ryk, huk stal się ogłuszający. Łódka drgnęła i nachyliła się... poleciała prosto w okropny lejek, na dnie którego syczał wężowy splot nurtów. Aleksander wszystkie siły wytężył, wiosło wygięło mu się w ręku, jak słaba gałązka. W myśli zobaczył w tem miejscu surowe twarze jakuckich rybaków, i poczuł, że jego twarz staje się taką samą. Lękał się spojrzeć po za siebie, choć przykro ginąć, nie widząc.
Uderzył wiosłem raz, drugi; łódź wybiegła i wdzięcznie zakołysała się na spokojnej już wodzie. Odetchnął. Prąd odwrotny poniósł ją łagodnie we właściwym kierunku. Białe, wodne straszydło daremnie kłapało zębami!
Rzucił wiosło, otarł pot z czoła i roześmiał się. Ogarnęło go znowu to miłe uczucie, jakie daje świadomość zręcznie pokonanego niebezpieczeństwa.
W godzinę później przybijał do urwiska, którego wierzchołek porosły był ciemnym, posępnym lasem, a na stoku biegła drożyna. Wyciągnął łódź na brzeg, w dzióbie jej zatknął krzyżyk, na znak, że będzie wkrótce potrzebna, wiosło zabrał, schował w zarośla i ruszył w las.
Jurta Jakóba leżała o dwie wiorsty od brzegu. Droga do niej wiodła przez gęsty bór, do brzegów czarnego jeziora; potem zawracała pod ścianę lasu, który jak pierścieniem obejmował wodę i posłuszny jej zagięciom, łamał się w ciemne zaklęsłości, jasne sine przylądki, bladł, im dalej od-