Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gór wybiegły ponad sinawą przepaską dalekich lasów i przeglądały się wdzięcznie w jej wodach
Aleksander nigdy jeszcze nie przepływał rzeki w tem miejscu bez przewodnika. U przeciwnego brzegu bystra, górska rzeka wpadała do Ałdanu prawie pod kątem prostym, tworząc duży i niebezpieczny wir, gdzie wiecznie pieniły się i huczały wysokie bałwany. Wprost niego wznosił się wysoki przylądek z grupą wysmukłych, nad krawędzią zwieszających się modrzewi. Między przylądkiem i wirem słabo znaczył się blady, wązki pas spokojnej wody. Aleksander płynął z oczami w niego utkwionymi: musiał, koniecznie musiał tam się dostać.
Tymczasem słońce paliło, mdlały ręce, pot zalewał czoło i oczy. Nie miał pewności, czy dobrze płynął, czuł tylko, że prąd unosił go w bok z niesłychaną szybkością. Przy takim stanie wody nawet miejscowi rybacy niechętnie puszczali się na rzekę, więc poczynał już żałować swojej śmiałości. Coraz częściej w wianku syczących bąbli wypływały z pod łodzi potworne wodne pagórki, lotne wiry z głębi wywołane uderzeniem prądu o podwodne głazy. Suwał się z nich z zawrotną szybkością i zdawało mu się, że był coraz bliżej tego miejsca, gdzie świstały i huczały rozszalałe bałwany. Łódka coraz mniej mu była posłuszną, coraz oporniej posuwała się naprzód. Nagle z boku wyskoczyły ogromne, jak bąble wzdęte fale, pianą