Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Śpisz... wciąż śpisz!... A twe serce?... Przecież ci zabronili.
Jakób nie witał go, nie odpowiadał, oczy weń tylko utkwił i siedział nieruchomo.
— Sen mara! — wyrzekł cicho.
Drżały mu ręce, dolna szczęka, całem ciałem wstrząsały drgania.
— Co tobie?... Czyś ty chory?
— Nie... ze snu!... Ludzkiej twarzy dawno nie widziałem... ze dwa tygodnie. Zaraz przejdzie — uśmiechnął się. — Nie uwierzysz, jak rad jestem twemu przyjściu! Tęskno, strasznie tęskno! Zrzuć twoją amunicyę. Pójdę po wodę; pewnieś bardzo spragniony...
Schwycił imbryk i począł się krzątać. Aleksander zawiesił broń i czapkę na kołku i wyszedł za nim.
Jakób zgarbiony, opuściwszy na dół głowę i ręce szedł wolno drożyną z powrotem. Postawa jego wyrażała takie przygnębienie i taką bezgraniczną tęsknotę, że serce Aleksandra ścisnęło się boleśnie.
— Zająłbyś się czemkolwiek... choćby ryby łapać. Chcesz, zarzucę ci wędki. Zawszeć to rozrywka.
— A dobrze — zarzuć! Lecz tu takie nieznośne komary, że nawet dymu się nie boją. Bywa tak, że nosa na dwór pokazać nie można.
— Niegodziwcy Jakuci! Taki zapadły kąt, że i kruk tu kości nie zaniesie. Wierzaj mi, z nimi lepiej być ostro, sprawiedliwie, ale ostro...
— Och, Aleksandrze, jakżeś ty się zmienił! Niedawno jeszcze nie mówiłeś tak. Czyż nam przystoi