Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przestał się uśmiechać, wychudł i poczerniał. A praca była dla niego męczarnią, gdyż oddalała go z domu i wskutek tego skazywała go na ciągłą trwogę o dziecko, o dom, o zboże...
— Spalą, zniszczą, stratują!... — rozmyślał.
Z tem wszystkiem Zosia coraz częściej zostawała sama w jurcie. Aleksander wytężał siły w poszukiwaniach pożywienia, aby tylko przetrwać jakkolwiek do żniwa. Plecioną przegrodą zamknął odpływ łachy i postawił więcierz, a sieci przeniósł na inne miejsce. Próbował nawet zarzucić je w jeziorze, obfitującem w karasie, ale wprędce zaniechał tego, gdyż znalazł współzawodnika w niedźwiedziu.
Razu jednego, gdy się był dłużej nad łachą zabawił, usłyszał w lesie głosy jakieś niezwykłe. Chcąc zajść drogę szkodnikom, jak przypuszczał, ostrożnie przekradł się przez zarośla i stanął na ścieżce. Trzask gałązki, łamiącej się pod jego nogą, uciszył głosy, ale w zaroślach przesunęło się jakieś duże, kudłate cielsko. — Czyżby mój współzawodnik, aż tu mię ścigał? — pomyślał sobie Aleksander. Zdjął więc broń, i czuł, że mu serce mocniej bić zaczyna. Miejsce było ciasne i niedobre do walki. Gdyby chybił, zwierz powaliłby go, nimby zdążył nóż z pochwy wyciągnąć. Nagle krzewy rozsunęły się i wyjrzała z nich poczciwa głowa Ajaksa.
— Ajaks, ty tu!
Pies rzucił się ku niemu, a tuż za nim, wśród zielonych gałęzi, ukazała się złota główka Zosi.