Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/282

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— I ty także!... Co to znaczy? — krzyknął przerażony.
— Tatusiu, tak dawno cię szukam!... Komary tak gryzą!
— Niedobre dziecko!... niedobre! Dlaczego wyszłaś z domu?
— Ojczulku, tak nudno, tak strasznie nudno!... Nie gniewaj się ojczulku... Przecież znalazłam ciebie...
Dziecina, mówiąc to, uśmiechała się i była taka śliczna, że ojciec uchwycił ją i zaczął obsypywać pocałunkami.
— Brzydka, nieposłuszna dziewczynka!... Martwisz mnie... Bóg wie, dokąd zajść mogłaś...
— I ty mnie martwisz... Przychodzili Jakuci, o ciebie się pytali...
— Cóż mówili?
— Nic nie mówili, tylko do spiżarni zajrzeli, zboże oglądali, siano...
— Dobrze, niech patrzą. Nic nam od nich nie trzeba. Siadaj!
Posadził ją sobie na ramieniu i ruszył nad łachę kończyć zaczętą robotę. Na brzegu rozniecił ogień i dziecko obok niego umieścił.
— Siedź, nie ruszaj się, inaczej zaraz do domu odprowadzę.
Brał ją potem jeszcze kilka razy ze sobą, ale to utrudniało mu bardzo swobodę ruchów. Trzeba ją było nosić, w łódce trzymać na ręku, gdyż kręciła