Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


opuszczać zaczęły, gdy na podwórzu zatętniały kopyta końskie, zabrzękły wędzidła, rozległ się szmer głosów i kroków ludzkich.
Drzwi rozwarły się szeroko i w kłębach mroźnego oparu ukazał się na progu wysoki mężczyzna. Stanął przy drzwiach i jął śpiesznie szarpać rzemienne pętlice swojej podróżnej odzieży.
Jakutka dorzuciła drew na ogień.
Chora w skupieniu wpatrywała się w tę postać niezgrabną, od stóp do głów zaszytą w puszyste, śniegiem usypane futra.
Nareszcie kaptur, zakrywający twarz przybyłego, zsunął się na ramiona i drogie, dawno niewidziane oczy spojrzały na nią z wyrazem posępnej trwogi.
— Widzę cię więc... widzę!... — szepnęła, wyciągając ku niemu ramiona.
Reszta odzieży w jednej chwili znalazła się na podłodze i przybyły ukląkł przy łożu chorej.
— Ukochana!... odważyłaś się więc!...
— Nie mogłam dłużej.... nie mogłam — szeptała, a łzy jak grad płynęły po jej twarzy.
— Dlaczego nie uprzedziłaś? przyjechałbym do miasta. Wyobrażam sobie, jak cię zmęczyła droga.
— Pisałam kilkakrotnie i z miasta i z drogi... Widocznie nie otrzymujesz wszystkich listów... Spieszyłam się... Tutaj, powiadają, nastanie wkrótce wiosenne bezdroże, a latem do ciebie dostać się niepodobna, chyba konno lub piechotą... Czy nie tak?... Oni tak mówili... W mieście zaczęłam cho-