Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gotów pomyśleć, że oglądasz bydło lub spiżarnie... Z polowania wracasz? Zziąbłeś?... Kaczek dużo?
— Nie mam czasu na polowanie, spotkała mię bieda...
Nagle błysnęła mu myśl.
— Słuchaj Stefanie, wynajmij mi byka na dziś do bronowania.
— Do bronowania?... A twój koń?
Koń uciekł.
— Uciekł!... sam uciekł, czy jak?
Jakut usiadł, jak był, nagi, na brzegu pościeli i wlepił w niego oczy.
— Ta-ak! A co wczoraj robił u ciebie Kapiton? Wszak był?
— Był. Na co ci wiedzieć?... Zresztą wiesz pewnie i niepotrzebnie pytasz. Lepiej byka wynajmij.
— Tego prędko nie zrobisz. Myśmy ludzie maluczcy. Mamy jednego byka. Jeszcze go zepsujesz. Przecie na koniach tylko jeździsz... a czy byka umiesz zażyć, nie wiadomo... Dlaczego nie poprosisz Kapitona o konia? On ma i chętnie da...
— Ciebie proszę, a ty do innego odsyłasz!... Przecie żyliśmy dotąd, jak dobrzy sąsiedzi, i ty nieraz korzystałeś... Jeśli dziś pola nie zabronuję, wrony ziarno wyzbierają... Nim konia znajdę, wiele czasu upłynie; swego szukać nie wiadomo gdzie... W borze woda, błoto...
— Racya... rozumiem... Ale i ty zrozum, że byka dać nie mogę... Dlaczego nie weźmiesz od Żabiego