Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Oka?... Ja dać nie mogę... chyba, że weźmiesz przemocą, jak ziemię!...
— Przemocą nie wezmę, ale proszę cię bardzo... Odwdzięczę się... odpłacę...
— Odpłacisz?... Cóż mi dasz?... Wolnym jesteś człowiekiem, dziś tu, jutro tam, a sąsiedzi żywcem mię zjedzą... Nie, nie mogę!
Aleksander wstał; było widocznem, że byka nie dostanie. Wyszedł na dziedziniec i był już koło wrót gdy Jakut wyskoczył za nim i krzyknął:
— Liksandra... słuchaj! Daj trzy ruble i weź byka, tylko nie mów, że dawałem.
— Trzy... drogo. Rubla dam.
— Widzisz, jakiś ty! Mówiłeś — odwdzięczę się, a trzech rubli żałujesz. Zgoda, niech cię tam, daj rubla... A tylko pamiętaj: ja nie dawałem! — dodał pośpiesznie, oglądając się na Toj, która wyszła ze skopkiem na dziedziniec.
Aleksander nieznacznie wręczył mu papierek.
— Cóż to, cudzoziemcze, siłą chcesz wziąć! Patrzcie, patrzcie, on istotnie chce byka zabrać! Ludzie! ludzie! Co za grzech! — lamentował stary, podczas gdy Aleksander łapał i uprowadził byka.
Wydostawszy się za ogrodzenie, przełożył wodze kółka między rogi bydlęcia siadł na niego po jakucku i pojechał. Śmiał się, lecz było mu przykro, Jakut zaś wciąż krzyczał:
— Ludzie, ludzie! patrzcie, co się dzieje! Nie szanują nas, Jakutów.