Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




VII.

— Ojczulku, rośnie! doprawdy rośnie!... — wolała Zosia, schylając złotą swą główkę do samej ziemi, by spojrzeć pod światło na niwę. Widziała niedawno, jak ojciec robił to samo.
Aleksander stał oparty o płot i przyglądał się zbożu. Gęsta, soczysta ruń pokrywała już pole, ale też teraz właśnie ujawniały się po trochu wszystkie braki i omyłki w robocie. Widok ich sprawiał mu prawie ból, widok tych łysin i tych gęstwin, gdzie stały źdźbła nizkie, wątłe i cienkie, jak niedokrwiste dzieci. Draźniło go wspomnienie własnej nieudolności, a jednak nie było dnia, żeby nie odwiedził pola kilkakroć. Znał tu każdą trawkę, każdą grudkę ziemi; cierpiał od suszy, wiatru, chłodu, jakie dotykały jego rośliny, cieszył się z każdego deszczu. Goś nowego, ostrego i barwnego, jemu, mieszczuchowi zupełnie dotychczas nieznanego, weszło z tą niwą do jego życia, tak jak wraz z Zosią weszło do jego serca nowe uczucie... A oba były sobie pokrewne. — Zdarzało się, że w początkach