Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


swego ojcowstwa budził się, jakby trącony obawą i z niewytłómaczonym lękiem, z nierozumną trwogą nasłuchiwał, czy oddycha jego córeczka, czy nie umarła, czy nie chora... I cieszył się, że się nic nie stało, jak gdyby stać się coś było powinno. — Obecnie budził się nietylko dla córki. Skoro Ajaks się ruszył, biegł zaraz do okna i przyłożywszy twarz do maluchnego szkiełka, śledził bacznie, czy czego nie widać. Gdy zobaczył przechodnia, wychodził przed dom i nie spuszczał go z oka, póki ten nie znikł. Alboż to trudno było złamać płot i puścić bydło? A Jakuci, czuł dobrze, gotowi byli porwać się na wszystko.
Jak zajmował go, zaciekawiał każdy nowy ruch w dziecku, każdy objaw nowej myśli, tak i tu, nic mu większej nie sprawiało przyjemności, jak w ciepły, słoneczny dzień wziąć Zosię za rękę i puścić się na poszukiwanie nowych na polu postępów.
Otwierały się przed nim rozległe widoki pracy bez kresu i końca; pracy, która nie była bólem, krzywdą, uciemiężeniem dla nikogo i pokrzepiający, cichy spokój wstępował do jego silnej, lecz trochę już znękanej duszy. Marzył, że tu zapozna się z rolą, a z czasem, w ojczyźnie, pod łaskawszem niebem, w milszem otoczeniu będzie uprawiał swój kawałek ziemi. I mieć nie będzie innych panów prócz wiatru, deszczu i słońca, innych stosunków prócz pomocy temu, co żyje i rośnie! Będzie miał