Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a oczy jej świeciły gorączkowym blaskiem. Ogromne włochate cielsko Kostii napełniało ją wstrętem, a wspomnienie jego pieszczot, tchnących całą sprosnością więzienia i zepsuciem wielkich miast południa, oblewało jej lica palącym rumieńcem wstydu.
— Tyś pewno chora — mówił Chabdżij, widząc, jak była roztargnioną, jak drżały jej ręce, gdy nalewała herbatę w stojące przed nim naczynie.
— Ależ nie!...
W tej chwili wszedł do izby Kostia.
— Gdzie ty, nucza, siedzisz tak długo wieczorem? — zauważył z rozdrażnieniem Jakut. — W lesie przecież zimno.
— A tobie co do tego! — burknął Kostia, siadając na ławie, na której przed niedawną chwilą pieścił Keremes.
— Postaraj się o kogokolwdek do domu. Ja nie chcę zostawać samą... — rzekła wreszcie wieczora tego do męża Jakutka, tuląc się do jego boku.
— A więc stało się?! Gdzieżeś spotkała się z nim? Nieszczęście! — krzyknął Chabdżij głosem, w którym drgały hamowana wściekłość i łzy. Uniósł się na posłaniu i odpychając gwałtownie, wyciągnięte ku niemu nagie ramiona żony, wołał zapamiętale: — Powiedz! powiedz! suko!
— Ależ nie!... nie!... tylko ja się boję. Ot tak! boję się! — szeptała kobieta, tłumiąc łkania i zakrywając łagodnie ręką usta mężowi.


∗             ∗