Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i całogodzinnych czatowaniach, schwycił ją gdziekolwiek. — Dlaczego mię nie kochasz?... Dlaczego boisz się?... — szeptał całując jej usta, jej oczy wilgotne od rosy wieczornej, od łez może.
Lecz ona, choć nie broniła się, nigdy nie odpowiadała na jego pieszczoty, nigdy nie przychodziła w naznaczone miejsce, nigdy nie odpowiadała na jego pytania. Próżno ją głaskał i pytał, i trzymał, i wściekał się, i klął, i groził, jak tylko wolniały jego uściski, zrywała się i uciekała chyżo.
Raz nalegał tak długo i natarczywie, że aż, spoglądając z trwogą na niebo, obiecała przyjść.
Czekał więc szczęśliwy a pewny. W oddali usłyszał kroki, serce mu gwałtownie zabiło, lecz z zarośli wyszedł nagle Chabdżij — i zapytał znacząco, czy nie widział, gdzie poszło bydło.
Podejrzywał on już dawno, że Chajłach, nie zadawalniając się podawanem mu jadłem, wydaja w polu krowy. Milczenie Keremes, gdy jej zwierzyl się z tą myślą, utwierdziło go w tem mniemaniu.
— Jeszcze możesz się z nim spotkać gdzie w lesie — mówił żonie — zły człowiek! — i zaczął sam chodzić co wieczór po stado.
Lecz ledwie Jakut wyszedł z izby, w jurcie zjawił się Kostia.
Z początku kilka razy udało się kobiecie ukryć przed nim i wrócić do izby z Chabdżijem. Lecz kryjówek było już zbyt mało, a Chajłach zbyt był przebiegły. Bladła więc i chudła z dniem każdym,