Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rosyankę, więc troszczę się o jej ziomków. Dobrze radzę, wierz mi!...
— Złej rady nie usłucham — chłodno odparł Aleksander. — Ale najpierw pomówię jeszcze z gminą.
— Rozmawiaj, pytaj!... Dlaczego nie spytać?... A tylko ziemi nie da ci gmina... Nie może. Ej, chłopcze! — krzyknął na grzejącego się u ognia wyrostka. — Gdzie kniaź? Biegnij po niego! Powiedz, że przyszedł cudzoziemiec po grunta. Biegnij, mówię ci!
— Był u popa, ale pewnie już poszedł.
— Więc idź, poszukaj. Nie będzie go przecie szukał cudzoziemski pan.
Wyrostek podrapał się w ucho i dość niechętnie wyszedł.
Powoli izba zaczęła się zapełniać Na ławach zasiedli radni. Kniaź jednak nie nadchodził.
— Gdzież kniaź? Czy nie przyjdzie?
— Posyłali po niego, ale pewnie nie znaleźli.
Wszedł Kapiton, wystrojony w czapce bobrowej, w krytej manczestrem bluzie, podpasany srebrnym pasem. Podejrzliwie zerknął na Aleksandra, siedzącego obok Meilacha, ale ten zawołał zaraz wesoło:
— Ej, stary, siadaj! Zachowałem ci miejsce ciepłe, suche i blizko Rosyanina; będziesz kontent!
Usunął się i sąsiadów odepchnął.
— A kniaź?