Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Adtołłer![1] Kiedyż ty nakoniec pójdziesz?! — broniła się zalotnie kobieta, popychając męża ku drzwiom.
Chabdżij westchnął, spoważniał nagle, schwycił przygotowane już rękawice i włosianą „machałkę“ dla odpędzania komarów, zrobił niedbale trzy razy znak krzyża i ruszył ku wyjściu.
— A nie siedź długo! Jeżeli zastaniesz księcia, to przynieś podarunek! — poprosiła Keremes, odprowadzając go do wrót.
Chabdżij kiwnął głową.
Długo jeszcze stała na dworze, patrząc za oddalającym się mężem, a gdy wreszcie znikł na zakręcie drożyny, westchnęła i, zanuciwszy z cicha piosenkę, zwolna powróciła do jurty. Nie lubiła ona być samą. Cisza pustego domu zdawała się jej nieznośną; — posmutniała więc i zamilkła, niedbale zbierając rozrzucone po ławie gałganki, nitki i inne drobnostki.

Jakże tęskno! Dałby już Bóg prędzej dziecko! Jak ona będzie je pieścić i kochać, pocałunkami okrywać. A jeżeli umrę... błysnęło jej nagle w głowie; tak wiele kobiet umiera przy pojawieniu się tych małych gości z innego świetlanego świata, którego choć dusza nie pamięta, ale wiecznie za nim tęskni![2] Ależ to grzech! Po cóż tęsknić?

  1. Adtołłer — przekleństwo.
  2. Podanie jakuckie.