Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czyż jej tu nie dobrze, nie wesoło?... Szczególniej latem, kiedy jest co jeść, kiedy dokoła ciepło i jasno.
Spojrzała w otwarte drzwi, przez które uśmiechała się do niej zalana słońcem okolica.
Czyż nie piękne te chmury, to blado-błękitne niebo rodzinne, ta tajga czarna, posępna, a tak miła, tak znana?... Jakże upajająco pachną rozkwitłe lasy modrzewiu! Nie! piękna jest ziemia jakucka, ich ziemia; a choć mówią, że tam na południu są piękniejsze, to pewnie kłamią, bo dlaczegożby tu do nich przyjeżdżali?
Przez uchylone drzwi zajrzały do wnętrza izby rozdęte, wilgotne nozdrza, a za niemi ukazał się czarny, kosmaty, z białą łysiną po środku łeb krowy, za którym widać było jeszcze kilka innych łbów białych, pstrych, wyciągających się ku jurcie, bodących się rogami i przeraźliwie ryczących. Stado z łąk wracało. Uwiązane za kominem cielęta, poczuwszy matki, zaczęły brykać i beczeć w sposób nieopisany.
— He! — krzyknęła Keremes, odpędzając krowy ode drzwi i wyszła ze skopkiem w ręku. Bydła było nie wiele: wszystkiego pięć krów dojnych, czarny duży wół, przedstawiający wraz z siwym koniem jedyną siłę roboczą ich gospodarstwa, cztery jałówki, dwa byczki, „łończaki“, para cieląt — ot i wszystko. Lecz cielęta często tu zdychają. Bóg więc wie, czy się chować je opłaci. A tu z gospodarstwa trzeba zebrać na zapłacenie podatków