Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




Zbliżało się lato, nastały ciepła i futrzana bermyca Chabdżija[1] już nie była potrzebną. Jego żona Keremes, z kawałków sukna, które przypadkiem zabłąkały się do jej pudełka, uszyła mu czapkę. Chabdżij, jak żyje, nie nosił czapki; w czasie upałów czoło zazwyczaj obwiązywał chustką, nie dziw więc, iż poczuwszy europejskie nakrycie na swojej okrągłej, gładko wystrzyżonej głowie, długo przeglądał się w kawałku rozbitego lusterka robiąc odpowiednie do tego stroju miny.
— Prawdziwy ruski! — wyrzekł wreszcie z powagą, zwracając się do stojącej obok żony, a jego bronzowa, płaska twarz rozjaśniła się szczerym, dobrodusznym uśmiechem.

— Idź już... idź... — wołała Keremes, zlekka uderzając go dłonią po szerokim grzbiecie, za co „prawdziwy ruski“ schwycił ją wpół, a powąchawszy naprzód po jakucku jej policzek, pocałował następnie po rosyjsku w usta: przyczem oboje roześmiali się na całe gardło.

  1. Chabdżij — kuropatwa — przezwisko.