Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wszscy mieszkańcy jurty byli obecni przy tej uroczystości. W pobliżu szarego, płóciennego worka stała Zosia, nie wiele od niego większa, w słomianym kapelusiku, z pękiem złocistych, jakuckich pierwiosnków w ręku. Obok usadowił się Ajaks i zwiesiwszy uszy, przyglądał się bacznie temu, co pan robił, nawet Wrony, zaprzężony do brony, zwracał ku niemu swą rozumną głowę, chrapał zlekka i strzygł uszami, zdziwiony niezwykłością ruchów Aleksandra. Ten rzucał zboże pełnemi garściami. Nie było to jednak rzeczą tak łatwą: pierwszy rzut był za silny, drugi za słaby, trzecią garść wiatr uniósł na miejsce już zasiane. Potworzyły się przerwy, zgęszczenia, które Aleksander nadaremnie silił się poprawić; napróżno starał się, ziarno nie słuchało niewprawnej ręki. Podrażniony, zmęczony strasznie, umyślił nakoniec zrobić próbę z piaskiem, aby nie zmarnować ostatecznie pola i nasienia. Silił się przypomnieć sobie, jakto bywało w ojczyźnie, gdy szli chłopi, czerpali ziarno z fartucha i rzucali... krok jeden i garść leciała półkolem na prawo, drugi — półkolem na lewo. Raz dwa... raz dwa! Kilka razy przeszedł tak pole, siejąc piasek, aż uczuł, że nabrał pewnej swobody w ruchach; nie zdążył jednak zasiać ziarnem do połowy pola, gdy dostrzegł trzech jeźdźców na przeciwnym brzegu jeziora. Przodem jechał jeden, za nim dwóch na jednym koniu. U jurty Żabiego Oka przeprawili się w bród i skierowali wprost do niego. Aleksander