Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kiem znalazł się za drzwiami i na oślep popędził przed siebie; wreszcie nie słysząc już pogoni, zatrzymał się.
— Z drogi! poszoł! — krzyknął ktoś nagle nadjeżdżając nań sankami. Chłopak odskoczył w bok, brnąc po pas w głębokim śniegu, aż zziajany, zmęczony ujrzał się przed cerkwią.
Przysiadłszy, pytał ziemi, czy nie powie mu czasem, dokąd poszli ci, co tu z nim byli tak niedawno.
Nie. Ziemia, której pierś zbrukana była tylu dotknięciami, nie odpowiedziała mu. Dziki westchnął i podniósł się markotny, myśląc o dziewiczej „tajdze“ rodzinnej, gdzie każda złamana gałązka, każdy listek potrącony, lub zmięta trawka tak dokładnie zapisują nazwisko i drogę przechodnia.
Noc zapadła.
Dokoła niewyraźnie czerniły się sylwetki domów, z nizkich kominów buchała łuna palących się wewnątrz ognisk, krwawo, jak ślepia wilków, świeciły okna. Jakut chodził dokoła, bojąc się zajrzeć do wnętrza, drżący z zimna, głodu i wzruszenia. Postanowił wreszcie iść na podwórze, gdzie stały przywiązane ich konie; lecz krążąc i wymijając różne budynki, zaszedł w jakieś krzaczki, z których wybiegły nagle spłoszone dwie dziewczyny — i nie zważając na jego prośby i wołania — ze śmiechem uciekły. Chłopak zawrócił i przytuliwszy się do sztachet jakiejś zagrody, czekał.