Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Może Bóg miłosierny zeszle nakoniec jakiego litościwego człowieka! — myślał sobie.
Czekał długo; wreszcie usłyszał zbliżające się kroki. Ktoś szedł, nucąc wesoło. Jakut wysunął się z ukrycia.
— Gdzie tu mieszka Czojon? — zapytał nieśmiało przechodnia.
— A czego chcesz od niego?
— Tam jest Taras, który pewnie jeszcze czeka na mnie.
— Co za Taras?
— Taras! Jakut Kannagałas.
— A!... a co tu masz pod pachą?
— Wódkę.
— Wódkę! — powtórzył z ożywieniem nieznajomy. — Dobrze — rzekł pomyślawszy nieco — chodź, ja cię zaprowadzę.
Czas był karnawałowy, bawiono się więc i na odwachu. Wańka siedział na Kieszce i lewą ręką bił go po twarzy, gdyż dwa palce jego prawej ręki Kieszka trzymał mocno zębami. Opasły Daniłko, skrzyżowawszy na piersiach ręce i zwiesiwszy melancholijnie głowę, wzdychając, przyglądał im się z boku i powtarzał od czasu do czasu: biją się! Waśka, schowawszy się w ciemnym kącie, rzępolił na skrzypcach, a koślawy Michałko, włożywszy nabakier czapkę tańczył solo „hołubca“ na środku izby. W głębi ktoś kogoś ściskał i całował.
— Chłopcy! — krzyknął Aloszka Treguby, wpa-