Strona:Wacław Sieroszewski-W matni.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


twarz nabrzmiała, zalewając się falą gęstej, gorącej krwi, wargi drgały:
— Kto pracuje, pytasz? Głupcy i durnie... I ja kiedyś próbowałem pracować!! — krzyknął nagle i gwałtownym ruchem schował fajkę za plecy.
— Jeżeli pracować nie będą, to pomrą!... — odrzekł obrażony odpowiedzią i odmową „zaciągnięcia się“ Jakut.
Kostia zerwał się.
— Pomrą!! Niech pomrą... Patrz! Wyrwę z gardła!! Zduszę! A żyć będę, żyć chcę!... Niech umierają — i machnął w powietrzu potężną pięścią. — Niech umierają!... ja próbowałem!...
Kopnął nogą leżący na drodze pieniek i poszedł, nacisnąwszy czapkę na oczy.
— Szajtan! — szepnął wybladły Jakut, patrząc chwilę za odchodzącym i splunął przez zęby. Żałował, że rozpoczął tę rozmowę. Wprawdzie jego wielo- i kraso-mówstwo znacznie zmalało od czasu, jak Chajłach na oświadczenie przyjaźni i rady zamieszkania gdzieindziej, zaczął odpowiadać cichem poświstywaniem. W każdym razie pozostało mu jeszcze dosyć, aby zacząwszy od najodleglejszego przedmiotu znaleźć zawsze drogę do swego „Rzymu“ i zrobić w końcu rozmowy wniosek, iż Kostia nie mógłby zrobić nic lepszego, jak uciec od niego natychmiast.
Kostia rzeczywiście niekiedy, a ostatnimi czasy nawet dość często, uciekał, lecz nie dalej, jak do